poniedziałek, 4 lutego 2013

LEW TOŁSTOJ A DYSOCJACJA



Droga mamo :)


Trawestując fragment "Anny Kareniny" Tołstoja:


"Wszystkie szczęśliwe dzieci są do siebie podobne, każde nieszczęśliwe jest nieszczęśliwe na swój własny sposób." 


Czy zauważyłaś, że tak specjaliści jak i opiekunowie dzieci adoptowanych i wszystkich tych, które przeżyły zbyt wiele, niekoniecznie chcą widzieć świat dziecka w taki właśnie sposób.


Opiekunowie chcieliby dać dzieciom miłość i dostać od nich wzajemnie miłość, wdzięczność, mieć satysfakcję z kształtowania nowego człowieka czy też inaczej mówiąc zaspokoić/zrealizować rodzicielski - zwłaszcza matczyny - instynkt.  
Te potrzeby i oczekiwania często "napotykają" na swojej drodze na solidny mur. Na dodatek mur obdarzony tajemniczą własciwością - im więcej energii wkładamy w jego rozbijanie, tym staje się on wyższy i grubszy. 

W takiej sytuacji przekaz rodzinny, społeczny, kulturowy, który opisuje proces opieki i wychowywania dzieci, okazuje się zupełnie nieprzydatny a nawet bywa toksyczny, tak dla dziecka jak i dla opiekunów - zwłaszcza dla związku (małżeństwa) w jakim żyją opiekunowie. Słowo bezradność nabiera w tym kontekście adekwatnego a czesto wręcz złowieszczego znaczenia.


Specjalistom dla odmiany, trudno pogodzić się z faktem, że zdecydowana większość wiedzy jaką posiedli w trakcie studiów czy doświadczenia/stażu zawodowego (nawet długoletniego), nabytego w relacji z dziećmi wychowywanymi w wystarczająco dobrych warunkach nijak się ma do "prowadzenia" dziecka, którego doświadczenia rozwojowe bardziej przypominały bezwzględną wojnę niż normalne  dzieciństwo. 

Szczególnie trudnym do zaakceptowania jest fakt, że każde dziecko to - jak w cytacie z Tołstoja - zupełnie nowe wyzwanie i nowe mechanizmy do poznania i zrozumienia. Że każde chroniczne, kompleksowe zakłócenie rozwoju - jeśli wynika z poważnego zaniedbania, separacji czy nadużyć ze strony podstawowego opiekuna, tworzy unikalny model neurofizjologicznego funkcjonowania organizmu. Model pierwotny (fundamentalny) wobec wszelkich  tworzonych później (w procesie rozwoju) struktur behawioralnych i poznawczych. 

Oczywiście każde zdrowe dziecko i każdy człowiek (nawet w obrębie tej samej kultury i społeczności) jest inny i inaczej się zachowuje.



Jednak pomimo oczywistych odmienności/różnic, ten zwykły, zdrowy rozwojowo świat, to świat w którym
nagroda jest nagrodą a kara karą, w którym uśmiech odwzajemniamy uśmiechem, w którym w dobrze oświetlonym pomieszczeniu dostrzeżemy 10 dużych przedmiotów, jeśli właśnie 10 się tamże znajduje. Świat gdzie słyszymy dzwięki w określonym zakresie a wyraźnie dobiegajacy głos jest głosem konkretnej żywej postaci a nie pochodzi od wyobrażenia postaci nieistniejącej. Świat w którym twarz mamy, jest twarzą mamy a nie paszczą fantastycznego potwora. Świat w którym temperatura ciała wynosi 36,6 a dźwięk czy zapach z parteru raczej nie jest słyszalny 12 pięter wyżej. Wreszcie - co najważniejsze - świat w którym jesteśmy jedną zintegrowaną całością - osobą.

Świat dzieci, które przeżyły zbyt wiele jest zupełnie inny.

Ta inność (rodzaj choroby, która nie jest i jednocześnie jest chorobą) jest trudna do zaakceptowania. Budzi lęk. Lęk przed stygmatyzacją ale też bardzo biologiczny lęk przed nieznanym.

Jednak bez zaakceptowania i rozumienia inności, niewiele będziemy mogli zrobic.

Myślę, że największym wyzwaniem w procesie rozumienia dzieci, które przeżyły zbyt wiele jest spektrum zjawisk określanych wspólnym mianem:
DYSOCJACJA.


Jak zdefiniować dysocjację?

Dysocjacja to zaburzenia/deficyty w zakresie integracji funkcji somatyczno motorycznych, percepcji, emocji, pamięci, świadomości i wreszcie tożsamości. 

Przykład:
Normalny, zdrowy człowiek widząc niegroźną (bez krwi, trupów etc.) "stłuczkę" wie, że wydarzył sie wypadek samochodowy. Odczuwa w związku z tym dyskomfort (strach, żal, smutek, niesmak, złość etc.). Może zachować się różnie, jedni przytomnie zadzwonią na 112, inni będą podekscytowani lub osłupiali. Jednak większość tego co się wydarzyło będą widzieć i słyszeć, będa także czuli np. zapach nadtopionych opon (w wypadku gwałtownego hamowania) i ew. poczują suchość w buzi wskutek przeżywanych emocji. Po powrocie do domu - do którego dotrą o własnych siłach - opowiedzą domownikom co się wydarzyło a samo zdarzenie być może wpłynie na ich sposób przechodzenia przez jezdnię, prowadzenia samochodu, czy zmniejszy tolerancję na samodzielne zabawy dzieci w pobliżu ulicy.

Jeśli powyższa sytuacja wywoła u obserwatora chwilową "ślepotę", "głuchotę", "paraliż" ruchowy lub podobny objaw, jeśli obraz rozbitych samochodów i przestraszonych lub w inny sposób cierpiących uczestników, nie wywoła w nim żadnych emocji (podkreślam, że chodzi o zdrowego człowieka a nie totalnego psychopatę ;) ), albo po powrocie do domu nasz obserwator nie będzie pamiętał nic lub prawie nic z całej sytuacji, i na dodatek kompletnie nie będzie świadomy którędy i jak do domu wracał - powiemy, że człowiek ten zdysocjował. Powyższe może dotyczyć niektórych a czasem wszystkich wymienionych objawów.

Każdemu z nas zdarzały się i zdarzają epizody dysocjacyjne - a dzieciom przytrafiają się one bardzo często i jest to naturalny element ich rozwoju. 
Jeśli organizm nie potrafi sobie poradzić z "przetworzeniem" jakiejś sytuacji, nie ma możliwości wpływu na jej przebieg - "posługuje" się dysocjacją po to, żeby chronić swoje struktury przed przeciążeniem a w skrajnych wypadkach, aby chronić życie.

Jeśli podzielimy dysocjację (umownie) na somatyczną i psychologiczną, (osobowościową) to ta pierwsza jest w dużej mierze znaną od wieków - histerią.
Ale taki podział (somatyka-psychika) to nie jest dobry pomysł - żaden sztuczny podział nie jest dobry, bowiem organizm to całość, na dodatek mocno zintegrowana z otaczającym środowiskiem. 

Dlatego mądrzej jest patrzeć na dysocjację w kategoriach zakłóconej AUTOREGULACJI a u dziecka przede wszystkim w kategoriach zakłóconego PRZYWIĄZANIA, bo autoregulacji nie ma tam, gdzie przywiązanie jest zdezorganizowane. 

O przywiązaniu chcesz napisać Droga Mamo sama :).
Przywiązanie to cała gama procesów biologicznych, biochemicznych, neurohormony, AUN, aż po "System Społecznego Zaangażowania" etc. - jest o czym pisać :).


O zaburzonej percepcji można z grubsza poczytać 
TUTAJ: 
lub
TUTAJ

Ja więc skupię się na osobowości. Ściśle na dysocjacyjnych zaburzeniach identyfikacji/tożsamości, czyli po angielsku - DID Dissociative Identity Disorder. Dawniej zaburzenia tego rodzaju nazywane były "osobowością wieloraką" lub "mnogą". DID to już poważne zaburzenie a nie jedynie epizodyczny mechanizm obronny.

Co ciekawe - DID w odniesieniu do dzieci, był przez praktyków/terapeutów jeszcze do niedawna niedostrzegany a wręcz obarczony imperatywem niemożliwego.
Tymczasem naukowy opis DID u dzieci, znajdziemy już w literaturze z początków XIX wieku (przypadek Estelli L.). Potem nastąpiła ponad stuletnia cisza. Ale już od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, za sprawą Klufta i potem Putnama, DID u dzieci został ponownie "odkryty". 
Jest oczywiście wielu specjalistów, którzy konsekwentnie podważają sensowność diagnozy DID u dzieci, ale akademickie rozważania pozostawmy teoretykom.



Pytania dotyczące DID warto jednak sformułować.

Czy:

- Znany każdemu rodzicowi Kosmity - obraz "dobrego, grzecznego dziecka" przełączającego się w ułamku sekundy w "niszczycielskiego demona", który zupełnie nie pamięta jakim miłym chłopczykiem był 10 sekund wstecz to dysocjacja, czy jedynie "zły humor" obecny w życiu każdego?

- Obraz dziecka, które słyszy "głosy" nieistniejącego "wujka" i z nimi "dyskutuje" a następnie wykonuje jego polecenia, to już psychoza czy "jeszcze" dysocjacja?

- Nieczułość na ból, samookaleczenia, "odpływanie/zawieszanie się", nocne "duchy", brak pojęcia "jestem zmęczony" i wiele innych objawów to dysocjacja, problem neurologiczny czy "zaburzenia zachowania"?

- Sytuacja w której dziesięciolatek nagle przestaje mówić i zaczyna "gugać", chodzić na czworakach i nie jest w stanie zasnąć inaczej jak tylko przy cycku mamy a rano niczego nie pamięta, to "jeszcze" zdrowy regres czy "już" poważne zaburzenia dysocjacyjne? 


Pytań jest wiele. Dla zachowania jasności wywodu i "odczarowania" zjawiska, posłużmy się przykładem. 




Jacek *

Jacek ma teraz 10 lat. Jako dwulatek trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami. Zaowocowało to natychmiastowym wszczęciem dochodzenia i postępowania sądowego, które zakończyło się skazaniem ojca (sprawcy gwałtu) na kilkuletnie więzienie. Po trafieniu do zakładu karnego słuch po nim zaginął. Biologiczny ojciec już nigdy więcej nie pojawił się w życiu Jacka. Ze szpitala Jacka wypisano do domu, rodzinie przydzielono kuratora.

Matka Jacka była alkoholiczką, okresowo leczyła się, uczestniczyła w grupie AA, potem przerywała leczenie i ponownie je podejmowała. 
Przez dom przewijali się kolejni mężczyźni. Matka była bardzo atrakcyjną kobietą, być może dlatego poziom życia rodziny nie odbiegał od standardów. Zmieniający się partnerzy matki w większości dobrze zarabiali. Rodziły się kolejne dzieci. 

Pomimo regularnych wizyt kuratora i pracowników socjalnych, sześć lat zajęło "systemowi" odkrycie, że "układ" w domu Jacka polegał na tym, że matka "zdobywała" kolejnych partnerów nie tylko swoją atrakcyjnością, ale również atrakcyjnością dzieci (kilkukrotnie). Stały się one ofiarami kolejnych "gachów" (określenie Jacka). "Wpadka" nastąpiła dlatego, że jeden z partnerów matki nagrał telefonem komórkowym sceny seksu z udziałem córki i sprzedał film pedofilowi, który następnie został aresztowany. Na filmie, który skonfiskowano, Policja zidentyfikowała charakterystyczne budynki widoczne z okna.

Matkę pozbawiono praw rodzicielskich.
W efekcie Jacek, wspólnie z młodszym bratem, został adoptowany przez rodzinę, która zgłosiła się teraz na terapię.
Obecna rodzina adopcyjna jest już jednak jego (Jacka) piątym miejscem pobytu. Uprzednio były to: pogotowie opiekuńcze, szpital psychiatryczny, rodzinny dom dziecka, dwa razy rodzina zastępcza.

Sprawa sądowa (z udziałem współoskarżonej matki) ciągnie się do dzisiaj. Jacek był wielokrotnie przesłuchiwany, gdyż zachodziły tzw. "nowe okoliczności" związane z kolejno przesłuchiwanymi i podejrzewanymi partnerami matki. "Reguła jednokrotego przesłuchania" była w tych warunkach fikcją.

Dzisiaj

Pomimo ponad dwuletniego pobytu w rodzinie adopcyjnej, relacje pomiędzy Jackiem a nowymi rodzicami są fatalne. Ojciec adopcyjny ma założoną Niebieską Kartę, gdyż u Jacka kilka razy stwierdzono ślady sińców (zgłosiła szkoła). Ojciec przyznał się do stosowania "klapsów", które były niezbędne w sytuacji, gdy Jacek bił swoją adopcyjną matkę (doznawała całkiem poważnych obrażeń). W relacji z ojcem Jacek stosuje nieustanne prowokacje - "bluzgi", niszczenie rzeczy i sprzętów, podpalenia, kradzieże etc., większość z nich kończy się czymś w rodzaju "bójki".

W stosunku do brata Jacek jest natomiast niezwykle opiekuńczy, wręcz nadopiekuńczy - jest to jedyna sfera w której świetnie współpracuje z rodzicami, brat czasem myli sie i mówi do niego "tatusiu".

Jacek czterokrotnie zmieniał szkołę. W obecnej szkole ma fatalne wyniki i naganne zachowanie. Bił nauczycieli i usiłował skłonić do seksu kolegów z klasy. Jednocześnie często miały miejsce sytuacje w których Jacek bronił młodszych, prześladowanych kolegów.  

Rodzice kilkukrotnie podejmowali próby terapii. Kończyły się one dramatycznie, między innymi pobiciem psycholog (kobiety) i prowokacjami seksualnymi (zgłaszanymi jako nadużycie) wobec terapeuty mężczyzny. 


Komentarz:

Historia Jacka może wydawać się wyjątkowa i drastyczna. Jeśli jednak popatrzymy na nią chłodno, jako na przykład źródeł zaburzeń i zmian rozwojowych u dziecka, przestanie być wyjątkowa a stanie się wręcz wzorcowa.


W Polsce (i nie tylko) odebranie rodzicom praw rodzicielskich odbywa się najczęściej na bazie schematu:
Alkoholizm (lub narkomania/inne nałogi) rodziców, przemoc różnego typu, skrajne zaniedbania/niewydolność. 

Bardzo często obraz tzw. rodziny patologicznej to matka alkoholiczka i zmieniający się partnerzy. 
Dziecko wychowuje się wtedy w środowisku skrajnie toksycznym - zagrażającym i mamy najczęściej do czynienia z przemocą w tym z nadużyciami seksualnymi. 
Może to mieć formę bezpośrednią lub pośrednią, np. gdy dziecko jest świadkiem bójek czy pożycia, śpiąc w tym samym łóżku, oglądając pornografię etc. 
Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że takie współuczestnictwo (lub bycie świadkiem) jest również ogromnym nadużyciem.

Z punktu widzenia teorii przywiązania, środowisko domowe w jakim wychowywał się Jacek, wygeneruje w efekcie tzw. "zdezorganizowany model przywiązania". Matka okresowo przyjmuje rolę "matki idealnej", obsypuje dzieci pieszczotami, zajmuje sie nimi, tuli do snu ... innym razem jest pijana do nieprzytomności albo krzyczy, bije, wyrzuca za drzwi lub podsuwa kolejnym partnerom. "Wujkowie" obsypują prezentami, a kiedy indziej zmuszają do wspólnego oglądania "fikołków", biją lub molestują. Dziecko żyje w nieustannym chaosie i stresie. Tego rodzaju środowisko to solidny fundament pod rozwój zaburzeń dysocjacyjnych. Czy rozwiną się one w formule DID - zależy od wielu czynników, zwłaszcza od okresu rozwojowego w którym znajduje się krzywdzone dziecko. 

Należy pamiętać, że opisana sytuacja domowa (w mniej lub bardziej ekstremalnej formie),  jest "normą" dla dzieci adoptowanych powyżej drugiego, trzeciego roku życia. Jest również smutną "normą", że rodziców najczęściej nie informuje się tak o przeżyciach dziecka jak i o następstwach rozwojowych tych przeżyć. 


Jacek - różne "wcielenia"

Każde dziecko i każde z nas ma okresowo lepsze lub gorsze samopoczucie. Bywamy "do serca przyłóż", ale bywamy zgryźliwi lub marudni. 
Niektórym z nas, zwłaszcza zaś dzieciom, zdarzają się nagłe wybuchy złości lub rozpaczy.
Ma to jednak niewiele wspólnego z sytuacją w której dziecko w ułamku sekundy zmienia się w "demona", który niszczy wszystko wokół siebie i staje się autentycznie niebezpieczny dla innych  a obraz taki powtarza się notorycznie.
Takie gwałtowne, wybuchowe i jednocześnie utrwalone, powtarzające się - chroniczne "przełączanie" się do róznych "postaci", to wyraźny, znaczący sygnał dla terapeuty - "czerwona lampka" z napisem: "uwaga dysocjacja!".

Oczywiście równie niezwykłe jest, gdy 10 letnie dziecko wchodzi w role "głowy rodziny" i kieruje całkiem skutecznie procesem opieki i wychowania młodszego brata.

Ta ostatnia sytuacja kojarzy nam się ze znaną w środowiskach zajmujących się patologią rodzinną, rolą "bohatera". Dziecka, które w dysfunkcyjnej rodzinie przyjmuje nieadekwatną dla swojego wieku rolę opiekuna, obrońcy czy mówiąc najprościej - "matki" czy "ojca".

I to jest dobre skojarzenie i dobry trop.
Tylko jaki ma sens taka rola w rodzinie adopcyjnej kilka lat po tym, jak dziecko opuściło toksyczne, niebezpieczne dla życia środowisko?

Otóż rzecz w tym, że nie opuściło.
Opuściło fizycznie. Emocjonalnie zaś żyje w dalszym ciągu w "tamtym domu". Tak, jak gdyby czas się zatrzymał.

Kilkuletnie dziecko nie potrafi przyswoić, zrozumieć, (powiemy: zintegrować) sytuacji w której matka jest jednocześnie opiekunem i oprawcą. W której karmi a za chwile "nie zauważa" lub nie chroni przed agresorem. Sytuacji w której nie ma ojca ale jednak okresowo "on się pojawia" w osobach kolejnych "wujków".

Jego mózg rozdziela te zjawiska, tworzy jakby oddzielne światy. Jest "dobra mama" i "zła mama", zaczarowana przez złego czarownika. Jest obraz idealnego taty, wygenerowany przez wyobraźnię i wzmacniany przez niektóre doznania związane z wujkami. I jest "wróg", który napada na rodzinę i wszystkich krzywdzi. Jest czas "wojny" i czas "pokoju".

Dziecko stopniowo przystosowuje się do życia w różnych światach. Do każdego z tych światów, organizm dziecka tworzy oddzielne struktury funkcjonalne. Jeśli dziecko jest już w okresie tworzącej się i rozwijającej intensywnie tożsamości, mózg tworzy także różne tożsamości.
Może niełatwo to zrozumieć ale powstają w ten sposób równolegle istniejące  OSOBY. 
Każda z tych "osób" inaczej funkcjonuje nie tylko na poziomie zachowania - co pozornie łatwo byłoby skorygować. 
Myślenie, że problem leży w zachowaniu - zwłaszcza intencjonalnym - to najczęściej popełniany przez opiekunów i specjalistów błąd w ocenie zjawisk, których podłożem jest dysocjacja. 

Każda z "osób" to inna fizjologia, uaktywnianie lub wygaszanie innych obszarów mózgu i całego ciała, to zupełnie inny świat emocjonalny.  
Taka jest cena przetrwania.

W naszym "przypadku" w efekcie przystosowania sie do życia w niebezpiecznym, chaotycznym środowisku rodzinnym ukształtował się:

1. Jacek Wojownik.
2. Jacek Bohater - Idealny Ojciec.

oraz ...

3. Jacuś - "mała dzidzia."

To najprostsze i najbardziej klarowne OSOBY w jakich "występuje" obecnie Jacek. Tych "osób" jest więcej, gdyż proces dysocjacji nie jest zamknięty, jednak skupimy się na tych najważniejszych.


1. Jacek Wojownik.

Jak "powstał" Wojownik?

"Ktoś" musiał bronić Jacka, ktoś musiał bronić "dobrą mamę" i młodsze rodzeństwo. 
Różnie układają się losy dzieci w patologicznych rodzinach. Istotny jest u dzieci temperament, stan zdrowia, odporność. Istotny jest wiek. Istotna jest sytuacja w domu i otoczeniu. Decydują setki różnych czynników. Jacek był i jest silnym i jednocześnie bardzo ładnym chłopcem. Już jako kilkulatek bronił się przed przemocą. Gdy wpadał w "szał bojowy" wrzeszczał tak, że przyjeżdżała Policja i stwierdzała ... że Jackowi nic nie jest, za to pozostali domownicy są i owszem w strachu. Dziecko zdobyło szybko etykietkę "świra z ADHD". Jednak strategia walki bywała skuteczna. "Gach" czasem dawał się wystraszyć i rodzina była bezpieczna. 

Moglibyśmy w tym miejscu powiedzieć - dzielny chłopiec, miał trudne życie, wcześnie dojrzał ale teraz już nie musi walczyć, może być grzeczny i spokojny.
Niestety nic z tych rzeczy Drogi Czytelniku. Wojownik jest w Jacku obecny już na stałe.
Ma nawet swoje imię ale o tym później. 

Wojownik to pełna mobilizacja do WALKI. Mobilizacja, która rodzi się w ułamku sekundy, której wyzwalaczem może być sygnał, obraz lub skojarzenie z naszego punktu widzenia bez znaczenia. 
Wojownik to inny rytm serca, inne napięcie mięśni, inaczej pracujące płuca i jelita. Wzrok, słuch, węch nakierowane są wyłącznie na sygnały istotne dla przetrwania, dla zwycięskiej WALKI. 
Do Wojownika nie docierają subtelnoścu typu: "Jacusiu uspokój się kochanie". Taki komunikat jest dla Wojownika jedynie komunikatem zagrożenia - ktoś mu coś nakazuje a więc jest WROGIEM. 
Wojownik to wreszcie inne odczuwanie bólu, zimna i gorąca, zmęczenia i głodu. 

Jeśli jeszcze nie domyślasz się Czytelniku, że ten "przełącznik" w wyniku którego zaczyna działać Wojownik, jest całkowicie niezależny od woli Jacka - musisz trochę poczytać o hierarchicznej budowie układu nerwowego (np. tutaj).

Kto jest dla Wojownika WROGIEM?
Oczywiście każdy człowiek, który czegoś od niego wymaga, bo spełnienie wymagań oznacza poddanie się czyjejś władzy. Czyjejś kontroli. To jest zagrażające. Organizm pamięta, że utrata kontroli to ból, wstyd i bezradność. Ta nieświadoma w większości pamięć, jest na trwałe zapisana w strukturach mózgowych - sterowanych układem limbicznym i w samym układzie limbicznym. Pamięta jednak nie tylko mózg. "Pamięta" cały organizm - dynamika hormonalna, układu (nerwowego) autonomicznego i obwodowego a w efekcie działanie narządów wewnętrznych czy mięśni są elementem tejże pamięci.
Organizm pamięta swoje reakcje i sekwencje reakcji. 
"Wojownik przynosił zwycięstwo" - zapobiegał i kończył bolesne doznania - jest więc święty. Nie wolno go "utracić", nie wolno z niego "zrezygnować". To najważniejsza "część" Jacka.
Część, która kieruje się okrutną logiką. W świecie WALKI nie ma miejsca na sentymenty. Lepiej pobić niż zostać pobitym. Lepiej zgwałcić niż zostać zgwałconym.  


Ojciec

Oczywiście WROGIEM NUMER JEDEN  jest przede wszystkim adopcyjny ojciec.

To przecież zwyczajny GACH!
Wszystko w nim kojarzy się z GACHEM. 
GACH prędzej czy później odejdzie. Lepiej prędzej niż później. Więc trzeba mu "pomóc". Obrzydzić życie do nieprzytomności, "wygryźć" z tego stada.

Czy adopcyjny ojciec ma jakiekolwiek szanse na zbliżenie z Jackiem?
Na dzień dzisiejszy żadnych. Przekroczył wszak "cienką czerwoną linię" - wdał się z Jackiem w bójki - potwierdził, że jest jedynie GACHEM. Wystarczy raz nad sobą nie zapanować. Działa tzw. "prawo hazardzisty".

Niestety naiwne są w takiej sytuacji próby "wychowywania" Jacka. 
Opierają się one na niezrozumieniu dynamiki działania organizmu dziecka.

Naiwne są również próby terapii ukierunkowane na "przetwarzanie" traumatycznych doswiadczeń i zmiany reakcji Jacka na poziomie poznawczym. Organizm działa hierarchicznie. Dorosły, dojrzały człowiek, świadomy swoich reakcji, potrafi skontrolować swoje zachowanie. To tzw. regulacja "top - down". U dziesięcioletniego chłopca automatyczna/autonomiczna reakcja gwałtownego pobudzenia, ma priorytet wobec procesów poznawczych. To regulacja "bottom - up".
Dodatkowo na poziomie poznawczym, w głowie Jacka rezyduje obraz "idealnego ojca". Jacek nie wie, że ojciec go zgwałcił i odszedł. W jego przekonaniu ojciec istnieje i jest idealny. Musiał uciekać ale wróci.

Żaden normalny facet nie wygra w konfrontacji z takim "ideałem". To zwyczajnie niemożliwe.



Matka

Dlaczego Jacek Wojownik bije matkę?
Musimy cofnąć się w czasie i jeszcze raz zobaczyć dom rodzinny chłopca. 
Obraz A i B.

"A" - matka agresywna, przyzwalająca na krzywdę, nakazująca posłuszeństwo.
To jeden obraz.

"B" - matka pozwalająca na wszystko, klejąca się, przytulająca, wylewna, "serdeczna" specyficzną serdecznościa alkoholiczki.
To obraz drugi.

A matka adopcyjna jest zwyczajna. Chce, żeby w domu był porządek a lekcje odrobione. Chce nagradzać pożądane zachowania. Chce wziąć na kolana, przytulić i pocałować. Chce mieć normalne dziecko. Chce mieć także swojego faceta a nie jedynie poświęcać się dla dzieci.

Łatwo dostrzec, że z punktu widzenia Jacka matka zwyczajna bardziej przypomina matkę "A" niż "B".
Jest więc dla niego niestety "WROGIEM".

Adopcyjna matka czasem rozpaczliwie próbuje tej innej roli - roli "B". Pozwala na wszystko, dogadza, obsługuje Jacka niczym księcia. Wtedy jednak staje się wrogiem dla swojego męża, który za wszelką cenę chce wychowywać. Matka znajduje się "pomiędzy młotem a kowadłem".   



2. Jacek Bohater - Idealny Ojciec.

Bohater to budowany powoli "produkt" dorastania Jacka. W miarę zwycięstw odnoszonych przez Wojownika tworzył się w organizmie chłopca model bardzo zbliżony do tego, który również znamy ze schematów dotyczących rodziny patologicznej - przemocowej.
Model "napięcie - rozładowanie - miodowy miesiąc".
Różnica tylko taka, że amplituda "przełączania" to czasem było kilka sekund czy minut. 
Jednak reakcje fizjologiczne podobne - świetnie opisane u Porgesa. Po rozładowaniu, totalne przeregulowanie układu autonomicznego (AUN) i zastrzyk neuropeptydów w tym endorfin, niczym "strzał" narkomana. Błogostan.

Po wygranej walce Wojownika, organizm chłopca wyciszał się ale nie poddawał. Walka była wszak walką wygraną. Gdyby było inaczej, powstałaby inna struktura - charakterystyczna bardziej dla dziewczynek i słabszych, lub po prostu bardziej pechowych małych chłopców. Uruchamiałby się mechanizm dysocjacyjny na poziomie fizjologii - mechanizm totalnie defensywny w efekcie którego następuje rodzaj "zamrożenia organizmu". Przy takim mechanizmie pobudzenie dziecka jest rozpaczliwe i beznadziejne, kończy się wygaszeniem aktywności. W miarę dorastania to też może sie zmieniać ale nie wprowadzajmy na razie zamieszania.
Tu bowiem było inaczej. 
Wojownik wygrywał. 
Jacek zostawał w domu w specyficznej przestrzeni, która dawała mu pole do pełnej kontroli i organizowania jej po swojemu. 
W tej przestrzeni w głowie Jacka tworzył się także powoli obraz ojca idealnego. To proces nieunikniony. Mózg nie jest dostosowany do życia w "pustce" sensorycznej - to wiemy. Wiemy, że człowiek zamknięty w dzwiękochłonnym, ciemnym pomieszczeniu zaczyna "świrować" z braku stymulacji sensorycznej. Jego mózg tworzy wyimaginowane obrazy i dźwięki. Ale analogicznie dzieje się z "pustką znaczeniową". Kilkuletni Jacek wiedział już, że dzieci miewają ojców. On nie miał, więc go sobie "stworzył" w wyobraźni. 
Idealny Ojciec również ma swoje imię. Bardzo znaczące.

Idealny Ojciec trochę miesza się w głowie chłopca z Bohaterem. To zrozumiałe. Za jakiś czas te dwie postacie z pewnością się "rozejdą". Bohater być może zyska autonomię. Jeśli jednak Jacek trafi za kilka lat do "ośrodka" czy "poprawczaka" - a wszystko zmierza w tym kierunku - być może pozostanie tylko całkowicie odrealniona postać Idealnego Ojca lub też cała "dobra" konstrukcja w głowie chłopca ulegnie destrukcji.
Jacek stworzył postać ojca, który jest nie tylko "typowym" wzorem mężczyzny. To także idealny opiekun. Silny i czuły jednocześnie. Jacek zrealizował ten wzór bardzo realnie - w "osobie" Bohatera
W wygranej przez "dzikiego" Wojownika przestrzeni, spokojny, ustabilizowany ale wciąż silny Bohater, opiekuje się młodszym bratem. Robi to tak, jakby chciał zasłużyć na szacunek Idealnego Ojca, który przecież kiedyś stanie w drzwiach jego domu.


3. Jacuś - "mała dzidzia."

Jacuś to po prostu mały Jacuś. Tak się też nazywa ta "część" w hermetycznym świecie Jacka.
Jacuś to trochę "produkt" babci chłopca a trochę starszej siostry, która okresowo pojawiała się w domu.
Przede wszystkim to jednak "produkt Natury". Małe dziecko nawet najsilniejsze i najbardziej odporne, najsprytniejsze i pełne uroku lub "egzotyczności" ... potrzebuje być po prostu dzieckiem. Jacek był Jacusiem u babci i gdy przychodziła siostra ale był nim także w chwilach, gdy trafił sie "dobry wujek" bo wtedy i mama była w miare stabilna, szczęśliwa i czuła. 

W rodzinie adopcyjnej Jacuś "uruchamia się", gdy Jacek jest chory, gdy nie ma adopcyjnego taty a mama przyjmuję opisaną powyżej rolę "B".
Jednak także wtedy, gdy adopcyjny tata wraca po dłuższej nieobecności. Wtedy przez chwilę w Jacku zwycięża "mała dzidzia" - rzuca się na szyję, siada na kolanach kompletnie osłupiałego ojca. To trwa bardzo krótko oraz paradoksalnie i niekorzystnie dla chłopca, utwierdza ojca w przekonaniu, że "Jacek manipuluje". 

...

To na dzisiaj koniec historii Jacka. Właściwie to koniec historii Jacka, Oskara, Messiego i Jacusia. Gdy usłyszałem o Oskarze (Wojownik) w pierwszej chwili zrobiło mi się trochę słabo bo pomyślałem, że Jacek czytał Grassa. Ale nie czytał. Nie wiadomo skąd "wziął się" Oskar. W każdym razie na dziś nie wiadomo. Wiadomo dlaczego Messi (Bohater - Idealny Ojciec) :) - Jacek uwielbia piłkę.

Wiesz Droga Mamo najlepiej, jak wielu Jacków wspólnie znamy i jak wielka praca czeka wtedy te dzieci, ich rodziców lub opiekunów. Ten akurat chłopiec zaszedł sam bardzo daleko. Identyfikuje "w swojej głowie" Oskara i Messiego. I potrafi o nich opowiedzieć. Jacusia nazwałem sam i miałem za karę przez chwilę do czynienia z Oskarem ;). Dziecko jest tu o lata świetlne "do przodu" w stosunku do rodziców, nauczycieli i specjalistów. Nie zawsze tak bywa. 

Jak zauważyliśmy w nagłówku - "każde nieszczęsliwe dziecko jest nieszczęśliwe na swój własny sposób".
Są dziesiątki ról w jakie wchodzą dzieci żyjące w zagrażajacym, zdezorganizowanym środowisku rodzinnym. Jest wiele "postaci", wiele "osób", które tworzą, aby przetrwać.

Obraz kliniczny dziecka z zaburzeniami posttraumatycznymi jest coraz lepiej znany adopcyjnym rodzicom. Są dostępne (już po polsku) świetne książki wspomagające rodziców i ukazujące proces zdrowienia i rozwoju dziecka, takie jak choćby "Wychowanie zranionego dziecka" czy "Adopcja i przywiązanie".

Jednak dziecko z mechanizmami dysocjacyjnymi, które ukształtowały się w "formule DID" to dużo trudniejszy do "naprawienia" świat. 

Wyleczenie DID to dla dziecka i opiekuna "mistrzostwo świata". Niemożliwe do osiągnięcia bez pomocy trenera/terapeuty.  


Dlaczego Mistrzostwo Świata?

1. Po pierwsze przywiązanie. 
2. Po drugie regulacja.
3. Po trzecie integracja.

Pierwsze dwa punkty dziwnie znajome i oczywiste :)
Trzeci to już inna bajka. Trzeba dziecko "poskładać do kupy". Trzeba wiedziec jak to zrobić.
Ale żeby było to możliwe, trzeba rozwikłać gordyjski węzeł przywiązania i regulacji, którego dynamika jest zupełnie inna niż u dziecka bez rozwiniętego DID, które "po prostu" funkcjonuje w schemacie "pobudzenie - zamrożenie".  
Tu nie ma nic "po prostu". 
Dziecko nie jest jedną osobą, która ...

 "(...) podymi, podymi i w końcu się uspokoi w ramionach rodzica (...)

Dziecko z DID ma gdzie "uciec", ma się gdzie "przełączyć i długo jesteśmy wobec tego procesu bezradni".

Zbudowanie przywiązania do obojga rodziców jest praktycznie awykonalne. 
Przyczyny opisałem powyżej.
Zgoda na "wyłączenie" jednego z rodziców z procesu przywiązaniowego, jest prawie niemożliwa do uzyskania a nawet, gdy trafimy na "rodzica anioła" i "zapomnimy" o etyce, to potem praca z dzieckiem staje się tańcem na linie nad polem minowym. Oznacza praktycznie co najmniej czasowy rozpad małżeństwa.  

Konfrontacja rodziców adopcyjnych z idealnym, fikcyjnym obrazem rodziców biologicznych - sama w sobie jest trudna. U dziecka z DID to już jak wspomniałem - Mistrzostwo Świata.
Nie istnieje praktycznie żaden mechanizm, który ukierunkowałby dziecko na inwestowanie w relację z rodzicami adopcyjnymi. 
Gdy rodzic biologiczny umiera, wszystko staje sie paradoksalnie dużo prostsze.
Ale nie życzymy przecież nikomu śmierci. 


Tyle w skrócie o rodzicach.

Ale świat nie składa się tylko z rodziców - dziecko z DID "nie nadaje się" do zwykłej szkoły. 
Tak naprawde "nie nadaje się" do "zwykłego życia". Dopóki proces budowy głębokiej relacji przynajmniej z jednym z rodziców nie zostanie zakończony, dziecko powinniśmy tak naprawdę odizolować od "zwykłego świata".
Tu znowu "taniec na linie nad polem minowym". Przeciwko takiej decyzji zaprostestuje cały świat - tak otoczenie społeczne rodziny jak i specjaliści. 
Dla dziecka z DID w naszych polskich warunkach istnieje wyłączna alternatywa: zamknięty ośrodek/szpital psychiatryczny i intensywna farmakoterapia lub "zwykłe życie" czyli tzw. "socjalizacja". Tertium non datur. 

W opisanym powyżej przypadku Jacka - gdy tylko matka robiła krok do przodu i dziecko odrobinę się oswajało, przywiązywało (wszak to tylko dziecko, czasem Jacuś) szkoła w ramach "socjalizacji", dostarczała chłopcu dziesiątki wyzwalaczy do "przełączania się" i do domu wracał nabuzowany Oskar, który demolowal co było pod ręką. I przestrzeń do budowania przywiązania znikała niczym bańka mydlana.

A pamietamy, że tylko przywiązanie tworzy bezpieczny fundament do pracy nad elementarną regulacją.

Brak regulacji oznacza zaś jak wyżej - dynamiczne "przełączanie się" w inne OSOBY, na skutek zadziałania dowolnego bodźca, skojarzenia czy wspomnienia.
Koło się zamyka.



Kasia i Agnieszka *

Opisany powyżej "przypadek" Jacka to przykład dziecka z rozwiniętymi mechanizmami dysocjacyjnymi. Pojawiają się w takich wypadkach dwa podstawowe pytania:

1. Czy istnieje "Jacek Prawdziwy" ?
lub/i
2. Czy "Jacka" można wyleczyć - w sensie: "poskładać" i jakie warunki są do tego niezbędne ?

Zanim odpowiemy na te pytania, porozmawiajmy chwilę o innych dzieciach. O Kasi i Agnieszce. Na ich przykładzie będzie można zobaczyć "dysocjację w procesie powstawania". "Kasia ma półtora roku, Agnieszka prawie cztery lata. Te dwie dziewczynki (siostry) trafiły do przyszłej rodziny adopcyjnej rok temu. 
Są zupełnie inne. Kasia jest dzieckiem, które mogłoby być podręcznikowa ilustracją "dziecka nadpobudliwego", Agnieszka zaś to "słodkie, spokojne, grzeczne dziecko", rzecz jednak w tym, że boi sie wszystkich i wszystkiego. 

Kasia nie dysocjuje, Kasia walczy - potrafi być radosna ale głównie wrzeszczy, wyje, gryzie, kopie, drapie, pluje - wielu adopcyjnych rodziców doświadczyło spotkania z takim Kosmitą i o obrazie tym, chcieliby jak najszybciej zapomnieć.

Agnieszka dla odmiany pozostaje w "stałej gotowości do dysocjacji". Jej oczy, wyraz twarzy, sposób poruszania się (filmowiec powiedziałby: "klatka po klatce"),  "przekazują" non stop jedną myśl:
"czy już mam się wyłączyć"?

Obie dziewczynki wychowywały się w rodzinie, której wizja była "koszmarnym snem o BEZRADNOŚCI" dla gminnych pracowników socjalnych i nie tylko ich.
Mama to malutka, cicha, "nie zauważalna" istota, która poza codziennymi zakupami, prawie nie wychodziła z domu. 

Ojciec dziewczynek, murarz jeżdzący po całej Europie z ekipami budowlanymi to tzw. "człowiek żyła". Jak wygląda ojciec Kasi i Agnieszki wiedzieć będą najlepiej mieszkańcy Śląska - tam jeszcze do niedawna było wielu tak wyglądających ludzi - górników, którzy pracowali fizycznie "na dole", na kopalniach o kiepskiej infrastrukturze technicznej. Niewysokiego wzrostu, szczupły, ani grama tłuszczu, "same mięśnie i ścięgna". Gdy ojciec dziewczynek krzyknął, słychać go było w pobliskim komisariacie a wszystkie dzieci na całej klatce schodowej od parteru aż po dwunaste piętro, bez szemrania siadały do odrabiania lekcji. 

W rodzinie nigdy nie stwierdzono przemocy fizycznej. Nie było alkoholu. Ojciec w domu nie pił. Dzieci były zadbane, mieszkanie wspaniale wyposażone. Ale ojciec krzyczał często. Nie potrafił "rozmawiać" inaczej. Wszyscy doskonale wiedzieli, że tak matka jak i pozostali domownicy, żyją w świecie permanentnego terroru. Ale wszelkie próby ingerencji, kończyły się porażką tak "systemu", jak i otoczenia sąsiedzkiego czy rodziny matki. Ojciec był zresztą dla niektórych sąsiadów "wzorem". Gdy Kasi zdarzyło się w nocy zapłakać, matka zrywana była z posłania potwornym wrzaskiem męża - "dziecko płacze a ty śpisz suko"! O Kasi ojciec mówił z dumą: "moja krew!"

"Wpadka" nastąpiła wskutek choroby matki. Kobieta trafiła do szpitala, wkrótce zresztą zmarła. Ojciec był w tym czasie w Belgii. Nikt z rodziny ani sąsiadów nie odważył się zaopiekować dziewczynkami, w rezultacie trafiły do pogotowia opiekuńczego, potem do rodziny zastępczej. Ojciec próbował je "odbić", poważnie zranił opiekuna i interweniującego policjanta. Wyrok - 8 lat więzienia, potem pozbawienie praw rodzicielskich, adopcja.



Jacek, Kasia, Agnieszka.

Inne rodziny, odmienne sytuacje, różne dzieci. 
Mechanizmy jednak te same. 
Na sytuację poważnego zagrożenia (a dla dziecka jest nią także zaniedbanie) ludzie reagują wg trzech różnych strategii: walka, ucieczka, dysocjacja. Jeśli zagrożenie nie jest ekstremalne, przeciętny dorosły, dojrzały człowiek, potrafi te pierwotne strategie "zamienić" na mniej lub bardziej świadome i racjonalne działania.
Dziecko takich kompetencji nie posiada. 

Tak Jacek jak i obie dziewczynki to modelowy przykład strukturalnych i funkcjonalnych zmian w układzie nerwowym i całym organizmie dziecka, jakie zachodzą wskutek wychowywania się w toksycznym środowisku.

Jacek żył przez długie lata w chaotycznym i zdezorganizowanym świecie, który to świat miewał jednak swoją patologiczną logikę:
SKRAJNE ZAGROŻENIE vs FAŁSZYWA ALE BARDZO EKSPRESYJNA "TROSKLIWA OPIEKA".

Żeby przetrwać, chłopiec musiał się do tej "logiki" fantastycznie dostosować. Był silny więc dał radę. Wkrótce to "odchoruje" ale o tym dalej.

Kasia była zbyt młoda, żeby rozwinąć bardziej wyrafinowane mechanizmy. Na zagrożenie (terror psychiczny) reagowała klasycznym niemowlęcym protestem - skrajnym pobudzeniem. W innych warunkach takie pobudzenie przechodziłoby w fazie wyczerpania w dysocjację. Ale Kasia "nie musiała" dysocjować. Jej wrzaski budziły zachwyt ojca, który zmuszał matkę do natychmiastowej reakcji a następnie nakarmioną, przewiniętą Kasię brał na ręce, podrzucał, szarpał, bujał, wydawał przedziwne zwierzęce i "maszynowe" dźwięki, poklepywał, głośno śpiewał etc. 
W trakcie pierwszego roku życia mózg rozwija się lawinowo. 
"W głowie Kasi" nastąpiło "wdrukowanie" modelu reakcji, który zachodziła wg następującego schematu:
POBUDZENIE - ZASPOKOJENIE POTRZEBY FIZYCZNEJ, BRAK ZASPOKOJENIA POTRZEBY EMOCJONALNEJ - DALSZE POBUDZENIE - ZMIANA OPIEKUNA, ZASPOKOJENIE POTRZEBY EMOCJONALNEJ.

Mama nie była w stanie dostroić się do Kasi. Była zbyt spięta, zestresowana. Kasia swoim pobudzeniem "poszukiwała" innego obiektu. I znajdowała. Jej organizm nauczył się dostrajać do brutalnych i szalonych "pieszczot" ojca. 

Agnieszka była od urodzenia cichym dzieckiem (urodziła się w 8 miesiącu ciąży). "Ciele mele" mówił o niej tata. Dziecko nie było w stanie nawiązać interakcji z zestresowaną matką. Ojciec traktował ją z dystansem. Aga to nie była "jego krew." Wobec takich warunków dziecko (w sensie fizycznym bardzo zadbane) stosowało klasyczne techniki autostymulacji, autoterapii. Bujanie, stukanie główką, bawienie się własnym ciałem, kołderką, ssanie palców, wreszcie prawie permanentna masturbacja. Gdy zaczęła raczkować i później chodzić, zaczęły dominować u niej strategie defensywne. Chowała się pod łóżkiem, za fotelami i tam zapadała w rodzaj letargu, który czasem trwał godzinę lub dwie. Stopniowo reakcje dysocjacyjne stały się automatyczną reakcją na jakikolwiek silniejszy bodziec/sygnał.

W takim stanie dzieci trafiły do nowej rodziy.


C.D.N.... 

1. Dokończenie o dziewczynkach w nowym domu będzie tutaj.

2. Dalszy ciąg analizy dynamiki dysocjacji u wszystkich opisanych dzieci będzie w kolejnych postach. Trzeba to rozdzielić, gdyż proces uruchamiania i utrwalania DID nie jest prosty. Z jednej strony łatwo "pomylić" go z "dobrym dostosowaniem" i zapytać: "O co chodzi? Te dzieci się świetnie przystosowały. Nie róbmy z nich na siłe chorych."
Z drugiej - równie łatwo wpaść w panikę i widzieć w wielu objawach początki psychozy. 
Niestety oba zjawiska (błędnej oceny) występują w wypadku dysocjacji dziecięcej masowo.


Adopcja


"Ale nic nie jest proste o nie" ... to już nie Tołstoj a Perfect ale wydźwięk podobny. Bo jakby mało było problemów to mamy jeszcze problem z "systemem". Proces adopcji wydawał się aktualnym opiekunom formalnością (jest w toku). Niestety bardzo się mylili. Ponieważ zupełnie nie radzą sobie z Kasią, poinformowali o tym Ośrodek i tu zaczęły się "schody". Na dzisiaj nie jest jeszcze pewne, czy "dostaną" dziewczynki na stałe. Każdy kto by je zobaczył, zrozumie dlaczego. Wyglądają jak aniołki z kalendarza. 

Ale zajmować sie tu mamy dysocjacją a nie meandrami polskiego systemu pomocy społecznej.
Miejmy nadzieję, że dzieci zostaną tam gdzie są. Bo z Kasią nikt sobie "ot tak" nie poradzi a obecni opiekunowie nie chcą jej oddać za żadne skarby świata. Być może jacyś "lepsi", po paru miesiącach "Darfuru" ... oddadzą. 

Zresztą problem nie dotyczy jedynie Kasi bo o ile Kasia "po prostu" wyje non stop i robi demolkę to akurat Agnieszka (np. nie mówi) robi za gwiazdę wszelkich możliwych poradni i specjalistów.
Obie dziewczynki zgromadziły już komplet diagnoz (my mówimy "Gwiazda RP" ;) ) - mamy Aspergera, FAED, ADHD, epilepsję, RAD, opiekunowie "przymierzają się" do diagnozowania schizofrenii, pani z ośrodka przymierza się zaś do diagnozy MSBP** u opiekunów. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było straszno. Ale tak to jest z prawdziwym Kosmitą - gdzie byśmy go nie zaprowadzili, to dostanie stosowną diagnozę bo w końcu na tym to polega - dziewczyny mają jak najbardziej wyrażne objawy wszystkich w/w schorzeń choć z uwagi na wiek, zgromadzenie takiego zestawu nie jest proste ;).

To tyle o dzisiaj u Kasi i Agnieszki - reszta w kolejnym poście:

http://odpowiedzialnaadopcja.blogspot.com/2013/03/zagadki-dysocjacji.html



* Oczywiście tak imiona dzieci jak i wszelkie szczegóły, które mogłyby umożliwić identyfikację (czynić sensownymi poszukiwanie podobieństw do konkretnej osoby) zostały stosownie zmienione. 

** (Munchausen Syndrome by Proxy) - polecam google ;)





2 komentarze: